Gdy wyrabiałam sobie prawo jazdy…
Jakiś czas temu zapisałam się na kurs prawa jazdy. Czas najwyższy, ponieważ mój mąż ma samochód i chciałabym z niego (samochodu!) korzystać od czasu do czasu. Nie chodzi tutaj o sam dojazd do pracy bo na szczęście mam świetne połączenie i dzielą mnie od firmy trzy przystanki autobusowe, więc dojazd jest do przeżycia, ale czasem chciałoby się pojechać autkiem na zakupy do hipermarketu czy do kina etc.
Okazało się, że będę miała jazdy nie z instruktorem a instruktorką. Ucieszyłam się bo wydało mi się to jakoś mniej krępujące i uznałam, że może łatwiej będzie nawiązać wspólny język. W moim OSK co prawda było jeszcze dwóch instruktorów, ale właśnie na mnie padł ten wybór.
Jak zwykle wybrałyśmy się na trasę. Gdy byłyśmy w odległości może pół kilometra od szkoły zobaczyłam, że na ulicy stoi jakiś trudny do zidentyfikowania samochód a wokół kręci się dużo gapiów i kilkoro osób w mundurach. Trochę kierowana babską ciekawością a jednocześnie tym, że nie miałam jak się wycofać (musiałabym jechać tyłem około 200 metrów co mi się nie uśmiechało a ulica była wyjątkowo ciasna) ruszyłam przed siebie z nieco mniejszą prędkością. Zobaczyłam mnóstwo wody, jak to u nas w Polsce bywa - trafiłam na awarię.
I wtedy się zaczęło. Usiłowałam to miejsce ominąć bo - chociaż z pewnością nie było takie - wyglądało na groźne, takie mini-jeziorko. W końcu się udało, chociaż spociłam się jak mysz ponaglana trąbieniami aut za mną.
Instruktorka pochwaliła mnie, że pomimo, że to moja druga jazda wybrnęłam z sytuacji i nie zestresowałam się tymi pohukiwaniami innych kierowców. Sama z siebie także byłam zadowolona. Niemniej nie chcę już więcej takich atrakcji….Jednak zdaję sobie sprawę, że jeszcze wiele przede mną i będę musiała dawać sobie radę w gorszych opałach.
2    
0    
0